... czyli praca w agencji interaktywnej: na przykładzie własnym i reszty gromadki.
Kategorie: Wszystkie | firma | klienci | praca | pracownicy | projekty
RSS
wtorek, 17 maja 2011
Wszystkie drogi prowadzą do...

Wyobraź sobie idealny dzień w pracy. Wstajesz o której chcesz, bo wiesz, że i tak się nie spóźnisz, wychodzisz o której chcesz, bo wiesz, że i tak dojdziesz na czas. W kilka minut teleportujesz się z biura do domu, zjadasz ciepły obiad, nastawiasz zmywarkę i wracasz do służbowego komputera. 

Jeżeli nie możesz sobie tego wyobrazić, to znaczy że nie jesteś freelancerem.

A ja mimo tego, że nie byłem typowym wolnym strzelcem, tak właśnie żyłem. Do czasu. Firma przeniosła się do nowej siedziby i nic już nie było takie jak dawniej.

Po pierwsze, nowa odległość. Mam obecnie do pokonania około 2000 razy dłuższą trasę niż poprzednio. Całe 4,7 kilometra. Skończyły się obiadki w domu, w końcu przypomniałem sobie, jak bardzo nie lubię zimy we Wrocławiu. A już liczenie, ile czasu człowiek spędził w korkach, może doprowadzić do głębszej depresji.

Nie ma się czym przejmować. Na studiach poznałem kolegę, który codziennie dojeżdzał z Częstochowy do Katowic. Jakieś 160 kilometrów w obie strony.

Po drugie, cholerny budzik. Został moim największym wrogiem. Gdyby nie fakt, że służy też do dzwonienia i oglądania filmów na YouTube, już dawno bym go roztrzaskał. Nie mam pojęcia, jak ludzie wstają z uśmiechem na ustach i nie potrzebują do tego pobudki, ale bardzo mi imponują. Może to zdrowy tryb życia i chodzenie spać przed północą?

W akademiku nigdy nie było problemu ze wstawaniem. W myśl zasady: kto rano wstaje, ten ma łazienkę, budziłem się bez problemu. 

I w końcu, umowa o pracę. To właśnie w nowej siedzibie pierwszy (i nie ostatni) raz podpisałem cyrograf. Wizytówki, biurko, obrotowe krzesło, telefon i służbowy laptop, coś wspaniałego! W pierwszych miesiącach będziesz z siebie dumny jak młody żołnierz na I wojnie światowej. A potem się okopiesz na stanowisku i będziesz walczył do upadłego. O wzlotach i upadkach też kiedyś skrobnę.

Nadszedł czas na gwoździa programu, czyli czym dojeżdzamy do pracy. 

Rzut okiem na parking i wszystko jasne: Mirek podróżuje czerwonym (bordowo-buraczkowym?) gokartem, chociaż nigdy nie widziałem tego pojazdu w ruchu. Remik preferuje francuskie resoraki w opcji rodzinnej. Miałem okazję się przejechać, całkiem komfortowe. Na to, że lubi się bawić zabawkami, mam dowody w postaci sesji zdjęciowej. Kuba maluje swoje Combi w warsztacie już od dwóch miesięcy, a jeżeli na horyzoncie pojawi się japoński czołg odrzutowy, to wiadomo, że do firmy zbliża się sam Szef.

Czołg ma dwóch kierowców i z każdym jeździ się zupełnie inaczej. Kiedy prowadzi Kinga, podziwiam widoki za szybą i zachwalam ten piękny, masywny wóz. Kiedy prowadzi Szef, wolę nie myśleć. Walczę z grawitacją i udaję, że nie rusza mnie mijanie innych aut na centymetry. Jeśli grałeś w Need for Speed, wiesz o co chodzi. Dodatkowy bonus za mijanie bez wypadku i podobne akcje.

I tak mam najlepszy transport w mieście. Zawsze zabiera się ze mną tyle ładnych dziewczyn, ile wejdzie. Ludzie wypatrują go jak wody na pustyni. Właściciele samochodów mogą najwyżej poczuć woń sosny czy powiew morskiej bryzy. A ja, każdego dnia mam okazję doświadczyć czegoś innego. W autobusie zapachy rządzą się swoimi prawami. To tutaj poznasz mieszanki: "starsza babcia z octem", "moczny browarnik", "brutalny bond" i wiele innych, niedostępnych nawet w ekskluzywnych perfumeriach.

Zbliżające się lato, wieczne korki i te zapachy. Dziękuję, postoję, a może pospaceruję.

A poniżej fotka z naszego wypadu na tor Mała Monza. Ciekawe, czy w tym roku też się gdzieś wybierzemy?

czwartek, 28 kwietnia 2011
To nie działa... to też, i to, i to, i to!

Idealny pracownik agencji posiada wysokie zdolności interpersonalne: jest elokwentny, komunikatywny, otwarty, potrafi pracować w zespole, a jego asertywność budzi podziw wśród pozostałych. Zawsze towarzyszy mu czarujący uśmiech i przyjazne nastawienie do otoczenia. Taki Marcin Prokop czy inny gwiazdor show-biznesu. 

Zakładam, że taki właśnie jesteś. Przed lustrem puszczasz sobie oczko, nakręcasz uśmiech na cały dzień i idziesz po raz pierwszy do pracy.

A potem trafiasz do Działu Technicznego. 

Dział Techniczy to wbrew pozorom nie jest miejsce, gdzie hałasują maszyny ważące tonę i nie znalazłem tam ubrudzonych smarem robotników z kluczami francuskimi. To miejsce przede wszystkim dla programistów i koderów. 

Zasadniczą różnicę miedzy koderem i programistą można wskazać na przykładzie wojska: pierwszy pracuje na froncie, a drugi zabezpiecza tyły. Obie jednostki znają różne języki i mają do ciebie bojowe nastawienie.

Trafiłem tam, bo akurat takie stanowisko było wolne, koniec kropka. Na praktykach nie jest ważne, gdzie siedzisz, tylko czy nie musisz tam podawać kawy i herbaty (Remik raz wyskoczył z taką propozycją, ale zabiłem go wzrokiem). Na przepisywaniu faktur też możesz się czegoś nauczyć, o ile efektów nauki szukasz gdzie indziej. Na przykład poznając kulturę firmy i przyglądając się pracy reszty zespołu.

W pokoju mieliśmy cztery stanowska, ale jedno miało kubełek na śmieci zamiast krzesła (pewnie dla maniaka, któremu nie chciałoby się iść nawet do kibelka, nie można przecież dyskryminować pracowników). Ale ponieważ było nas trzech, komputer z kubełkiem służył jedynie do testów. 

Jeżeli gdzieś tam w podświadomości jesteś sadystą i lubisz się znęcać nad ludźmi, albo przynajmniej nie okazujesz litości żebrakom i kolporterom ulotek, masz zadatki na bycie testerem. Nie wiem dlaczego, ale szło mi całkiem nieźle.  Wyłapywanie błędów nie jest trudne: jeździsz kursorem po wszystkich zakątkach strony i szukasz. Jest błąd, piszesz krótko co nie działa, dołączasz screenshot z naniesionią uwagą i gotowe. Wysyłasz paczkami po kilkanaście sztuk, żeby za bardzo nie spamować. 

I wtedy nadchodzi czas na twoją pierwszą lekcję życia: nawiązujesz kontakt z Działem Technicznym. 

Jak się okazało, nie wystarczy jedynie przekazać maila z uwagami, trzeba je także wyegzekwować. Pojawiają się pierwsze bariery, na przykład językowa. Ty mówisz po polsku, a oni w pochodnej klingońskiego. Jak nie załapiesz, to mają ciebie z głowy. Spędzisz z takimi pół roku i co prawda, dalej nie umiesz programować, ale zaczynasz mówić ich językiem. Druga bariera, to magiczne słowa "nie da się". Ty się na tym nie znasz, to możemy cię wkręcać. Spędzisz z takimi pół roku i nauczysz się wymagać od nich alternatywnych rozwiązań.

Idealne zgłaszanie błędów według programisty wygląda mniej więcej tak:

- Hej Remik, jest błąd.
- No?
- Plik smiglo123.php, wiersz 157, wersja 0.2.123.12, error c343e67#,
- No i?
- Nie nic, chciałem tylko powiedzieć że już to naprawiłem i napisałem dodatkowe funkcje.
- ok
- Czy mógłbym zaparzyć ci herbatę?
- ok

Idealne zgłaszanie błędów według kodera jest nieco inne:

- Hej Jacek, jest błąd.
- Czego?
- Mógłbyś zmniejszyć odstępy między obrazkami?
- Nie da się.
- Rany, ale ze mnie idiota! Przepraszam, że zabrałem Ci czas, idę się powiesić.
- ok

Generalnie, testowanie to taka zabawa z laleczkami voodoo. Wbijasz szpilkę i sprawdzasz, czy zabolało (wszystko ku chwale klienta, oczywiście!). Ale nie zgłaszaj błędów w poniedziałki i piątki, bo laleczka voodoo zamieni się w laleczkę Chucky.

A co do mnie, postanowiłem zerwać z nałogiem. Od dzisiaj nie gram w gry komputerowe. Czas wziąć sprawy w swoje ręce!

...

Nintendo DSi XL nawet nieźle leży w dłoni.
 

poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Puk, puk, chcę tu pracować!

Za każdym razem jak zabieram się do pisania bloga, myślę sobie: that's easy! Skrobnę notkę raz na jakiś czas, dorzucę zdjątko i jakoś to będzie...

No to zakładam nowe konto, wymyślam byle jaki tytuł, opis (później się zmieni...) i otwieram edytor do napisania mojej pierwszej notki. Ale wtedy pojawia się monolog:

- Zaraz, ale po co właściwie założyłeś tego bloga?
- Chcę tu pisać o marketingu, internecie. Moje spostrzeżenia i...
- Powaliło Cię?! Mało tego badziewia w sieci? A kim ty jesteś, drugi Kotler?
- No ale...
- Nie piernicz, zarzuć lepiej jakąś gierką. Co tam masz nowego na Steamie?
- ...myślę, że fajnie by było dzielić się opinią z innymi.
- Opinię to sobie możesz wsadzić między zakładki. Call of Juarez?
- Ale ja chcę bloga! ...no dobra, ale tylko 15 minut, bo szkoda czasu.

Po 2 godzinach już zapomniałem o blogu. Swoją drogą, kiedyś robili dłuższe gierki...

 

Nazywam się Robert, a moje nazwisko jest częścią adresu tego bloga (zapewne po tej informacji Wasze życie już nigdy nie będzie takie same). Nie wiem, czy dobrze robię pisząc o własnym, już prawie 2-letnim życiu zawodowym, ale z drugiej strony... kogo obchodzi kolejny bla-bla-blog, do cholery! A pewnie taki by był, gdybym zaczął skrobać niczym specjalista.

Na szczęście do specjalisty mi jeszcze daleko, cały czas się uczę i w perspektywie kilku lat być może osiągnę ciekawy poziom w swoim fachu. A czym się zajmuję?

Wszystkim (moja opinia) i niczym (opinia Działu Technicznego). Prawda leży gdzieś po środku, a ma związek z planowaniem i analizą firmowych projektów, wypluwaniem abstrakcyjnych pomysłów, a w przyszłości, mam nadzieję, efektywnych strategii marketingowych (czyli co zrobić, żeby zarobić i dostać dużą premię). A gdzie pracuję?

Gdyby moja agencja interaktywna miała profil prywatny na Facebooku, ustawiłbym sobie status związku z nią na "to skomplikowane". Jestem jej częścią, ale obecnie pracuję gdzie indziej - jako redaktor naczelny bardzo dużego projektu z dotacji unijnej.

No, ale mniejsza z tym. Na dzisiaj bajka, jak w ogóle doszło do tego, że pracę znalazłem. Napewno zainteresuje to absolwentów i innych, którym na myśl o robocie w branży IT ślinka cieknie (no dobra: "są zainteresowani"). Otóż, w tamtym okresie (a było to prawie 2 lata temu), studiowałem Za-rzą-dza-nie na Akademii Ekonomicznej im. Karola Adamieckiego w Katowicach (teraz to już Uniwerek). Same Katowice bardzo mile wspominam, to taki mniejszy Wrocław, tyle że bez rynku (jak byłem pierwszy raz na tym przystanku tramwajowym, na pytanie "Gdzie jest rynek?" miły, starszy Pan sprowadził mnie na ziemię:"właśnie Pan na nim stoi"). Ale za to ładnych dziewczyn tam tyle samo, co we Wrocku!

Jako student nie mogłem narzekać. Rodzice płacili mi za akademik na Ligocie (dostałem 2-osobowy pokój tylko dla siebie!) i na zaspokojenie podstawowych potrzeb też starczyło... raz na tydzień pizza, kebab, ale zdążyłem też poznać smak niemal całego asortymentu Biedronki.

(Faktem jest, że na studiach poza domem, naturalnie chudniesz. Przed wyjazdem ważyłem 73 kilo, pół roku później 67.)

Kończyłem właśnie 1. rok na Za-rzą-dza-niu i zbliżałyby się trzy cudowne miesiące wakacji! Ale oczywiście, musiałem wybiegać planami w przyszłość i już martwić się o emeryturę. Bo przecież w wieku 19 lat nie ma nic ważniejszego, niż emerytura, prawda? Wtedy wpadłem na genialny pomysł poszukania sobie praktyk, żeby zostać tym przodownikiem stada szczurów i nabyć trochę umiejętności i doświadczenia.

Wiecie, pojęcie "małej ojczyzny" to dla niektórych region, dla innych miasto, ewentualnie osiedle, ostatecznie dla adidasów podwórko.

Dla mnie to przede wszystkim blok, w którym mieszkam. To tutaj poznałem gitarzystę, z którym założyłem zespół (pozdrawiam sąsiadów!) i tutaj znalazłem swojego przyszłego pracodawcę.

No, znalezienie tu drugiej połówki to już by była przesada!

W każdym razie początki nie należały do najłatwiejszych. (Iść, prosić sąsiada o praktyki? A co, jeżeli odmówi? Spalę się ze wstydu...). Na szczeście, Szef okazał się jednym z tych niewielu ludzi, którzy zawsze się zastanowią przed podjęciem decyzji. Więc nie zamknął mi drzwi przed nosem, tylko zaprosił do środka na rozmowy.

Rozmowy przebiegały jak kiepska randka, na której facet nie ma nic ciekawego do powiedzenia, a dziewczyna tylko punktuje jego wady. (Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się że pytanie "co umiesz robić?" odbiorę jakbym dostał kulkę w łeb. Rozmowy kwalifikacyjne, to jednak takie randki, na które jakkolwiek byś się nie przygotował, i tak dopadnie Cię stres.) Koniec końców, coś tam z siebie wydusiłem i chociaż nie dostałem żadnej gwarancji, zdanie brzmiące mniej więcej: "zobaczymy, czy będzie coś do roboty" odebrałem jako wielką szansę.

W lipcu ponownie zapukałem do drzwi i stanowisko było już gotowe. Trafiłem do pokoju z Remikiem (programista) i Jackiem (koder). Przywitałem się też z Agą (księgowość) i Ulą (project manager). Natrafiłem też na Qwiata (naszego admina).

Na początek dostałem test na inteligencję: stosy faktur, które trzeba było przepisać do komputerowego systemu. Perspektywa spędzenia wakacji nad nikomu niepotrzebnymi papierkami, to z pewnością nie był szczyt moich marzeń. Od czegoś trzeba zacząć, Szef pomyślał, a ja wziąłem się do roboty. Jak już uporałem się z tą papierową edycją stajni Augiasza, przyszedł czas na ciekawsze wyzwanie: testowanie stron internetowych.

O testowaniu napiszę osobną notkę, bo temat jest dosyć ciekawy. W każdym razie, wakacje szybko minęły, musiałem się pożegnać i wrócić do Katowic, jednak nie na długo! Już po 3. semestrze zawiesiłem studia i wróciłem na stałe do Wrocławia i do pracy.

 

Historia mi z tego wyszła prawie jak tekst zespołu Łzy!

Było ciepłe lato choć czasem padało
Dużo wina się piło i mało się spało
Tak zaczęła się wakacyjna przygoda
On był jeszcze młody i ona była młoda
Zakochani przy świetle księżyca nocami
Chodzili długimi, leśnymi ścieżkami 
Tak mijały tygodnie lecz rozstania nadszedł czas
zawsze mówił jedno zdanie „Moje śliczne ty kochanie"
Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji
Kochali się namiętnie w męskiej ubikacji (??? nie, dzięki :< ) 
I przysięgli przed Bogiem miłość wzajemną 
Że za rok się spotkają i na zawsze ze sobą już 
będą.

 

...

Dobra, z tym fragmentem to przesadziłem.

A tego sobie słuchałem pisząc notkę: